Od serca do serca – rozmowa z Danielem Fisherem

Kiedy w młodości zdiagnozowano u niego schizofrenię, postanowił zostać psychiatrą. Doktor Daniel B. Fisher daje nam świadectwo chorowania i zdrowienia, i opowiada o swojej metodzie wsparcia –  emocjonalnej reanimacji.

Umówiliśmy się, że Pan Doktor sam się przedstawi.

Jestem lekarzem psychiatrą, osobą z doświadczeniem kryzysu psychicznego, która wyzdrowiała ze schizofrenii. Prowadzę w Nowym Jorku National Empowerment Centre (Narodowe Centrum Wzmacniania). Jego misją jest dawanie nadziei ludziom na wyzdrowienie i mówienie o tym, jak to zrobić.

Może Pan opowiedzieć o swoim doświadczeniu chorowania i zdrowienia?

Jak na ironię zacząłem chorować, kiedy robiłem badania dotyczące chemicznej bazy schizofrenii, zaburzeń równowagi pomiędzy chemicznymi substancjami znajdującymi się w mózgu. Pracowałem wtedy w największym w Stanach Zjednoczonych instytucie zajmującym się zdrowiem psychicznym. Zaczęło się od tego, że nagle zobaczyłem w ludziach maszyny. Wydawało mi się, że
wszyscy są robotami, które mnie kontrolują. Przestałem chodzić do pracy, mówić, jeść. Miałem trudność z poruszaniem się. Moja przestraszona rodzina zawiozła mnie do szpitala psychiatrycznego. To, co się ze mną działo, lekarze nazwali schizofrenią katatoniczną. W katatonii, twój umysł cofa się w rozwoju, traci się płynność ruchu, zastyga się w różnych pozycjach, człowiek czuje się jak sparaliżowany. W głębi siebie nie widziałem sensu w nawiązywaniu kontaktu z otoczeniem, żadnego celu w tym, żeby mówić. W szpitalu psychiatrycznym nie wiedzieli, co
ze mną zrobić, jak nawiązać kontakt. Dali mi lekarstwa ale nie zmieniało to mojego stanu. Lekarze i pielęgniarze zasypywali mnie pytaniami. Pytanie za pytaniem. Przyjechałem do szpitala przerażony a to jeszcze bardziej mnie przestraszyło. Wśród personelu pomocniczego było kilku młodych ludzi, którzy poszukali sposobu na dotarcie do mnie poza słowami. Zamiast pytać, czy chcę napić się wody, przynosili szklankę z nią zachęcając z uśmiechem, żebym wyciągnął po nią rękę. To, że poczułem ich wspierającą, uważną obecność, pozwoliło mi wyjść z lęku. Dotarli do mnie ludzie bez doświadczenia medycznego. Nie zadawali pytań, nie próbowali mnie naprawić, po prostu byli ze mną. Ci ludzie dosięgnęli mnie nie werbalnie ale sposobem, jaki na mnie patrzyli, uśmiechem, dobrą energią. Dzięki temu, że podzielili się ze mną swoim człowieczeństwem i autentycznością, odczułem, że nie każdy człowiek jest robotem i zacząłem znowu mówić. Wtedy po raz pierwszy zacząłem myśleć o staniu się psychiatrą i stworzeniu metody wsparcia, która pozwoli docierać do człowieka doświadczającego głębokiego załamania zdrowia psychicznego. Kiedy po opuszczeniu szpitala, podzieliłem się swoim psychiatrą tym planem, powiedział, że wierzy we mnie, że wierzy, że jestem w stanie to zrobić, że pogratuluje mi, kiedy będę odbierał
dyplom. To był fantastyczny lekarz. Jego rodzina pochodziła z Ukrainy i Polski. Czasami ludzie pytają, dlaczego chcę pomagać ludziom w Polsce. Wracam tu i chcę dzielić się swoim doświadczeniem między innymi dlatego, żeby odwdzięczyć się za to, że on kiedyś mi pomógł, za wielką dobroć, którą mi okazał.

Kiedy ktoś prosi, żebym opowiedziała, czym jest psychoza, zwykle mówię, że to jest śnienie na jawie, że cały wysiłek otoczenia skupia się na tym, żeby obudzić z tego snu. Podoba mi się jednak to, co kiedyś usłyszałam od Pana, że psychoza jest sposobem na to, żeby ułożyć się na nowo, początkiem pewnego procesu.

Byłem człowiekiem, który żył w głowie, który opierał się na swojej wiedzy, do wszystkiego podchodziłem intelektualnie. Doświadczenie psychozy otworzyło moje serce. Kryzys pozwolił mi bardziej czuć. Mogłem wrócić do ludzi otwarty na nich emocjonalnie, poczuć z nimi głęboką więź.

Naprawdę można wyzdrowieć ze schizofrenii?
Ja wyzdrowiałem. Nie jestem jedyny. Prawdopodobnie miliony ludzi wyzdrowiało. Większość psychiatrów nie widzi tych, którzy doszli do zdrowia, bo takie osoby wracają do życia, społeczeństwa, swoich spraw, celów. Większość nie chce mówić o doświadczeniu chorowania na schizofrenię, bo towarzyszy jej mnóstwo stereotypów, diagnoza schizofrenii wciąż jest piętnem. W Stanach Zjednoczonych zrobiono obszerne 30-letnie badania dotyczące schizofrenii, które prowadziła profesor Courtenay Harding. Objęła nimi 261 pacjentów doświadczających tak głębokiego kryzysu, że nie byli w stanie opuścić szpitala psychiatrycznego, ciągle do niego wracali. Zadała pytania, co by było, gdybyśmy uwierzyli, że ci ludzie poradzą sobie w społeczeństwie i czego by potrzebowali, żeby wieść normalne życie w swoim środowisku. Stworzono dla nich mieszkania treningowe, gdzie byli wspierani przez pracowników socjalnych i ekspertów przez doświadczenie czyli ludzi, którzy mają za sobą doświadczenie kryzysu psychicznego. W ciągu 30 lat trwania tego badania, 40 procent pacjentów objętych nim wróciło do społeczeństwa, do pracy, budowania więzi z ludźmi. Ich sąsiedzi nie mogliby się domyślić, że mieszkają obok kogoś, kto ma za sobą poważne załamanie zdrowia psychicznego. 28 procent zdrowiało głównie w środowisku, co jakiś czas tylko doświadczając nawrotu choroby, co mogło wiązać się z krótkim pobytem w szpitalu. Okazało się więc, że aż 68 procent osób, które wzięło udział w badaniu, może normalnie żyć w społeczeństwie. Widać, jak dużym wsparciem w zdrowieniu jest życie w otoczeniu ludzi, którzy wierzą, że możesz wyzdrowieć. Ważne jest edukowanie środowisk zajmujących się pomaganiem w kryzysie przez pokazywanie, że jest możliwość zdrowienia i jak budować relację z pacjentem, żeby mieć jak największą szansę powodzenia. Mówić o tym, jak ogromnie istotne jest akceptujące, oparte na zrozumieniu, wspierające podejście i wiara w pacjenta.

Doktor zaczął zdrowieć dzięki spotkaniu ze wspierającymi ludźmi. Jak dalej wyglądała Pana droga do zdrowia?

Miałem przez cały czas wokół siebie wielu ludzi, którzy wierzyli, że wyzdrowieję. Była wśród nich moja żona. Pytałem ją, czemu przy mnie została, choć patrzyła na mnie w trudnej godzinie. Odpowiedziała, że nigdy nie widziała we mnie chorego. W zdrowieniu ważne jest też to, żeby mieć jakieś zajęcie, które cieszy, pomaga duszy. Właśnie po to, żeby mieć pracę, która daje radość, nadaje sens życiu, porzuciłem pracę w laboratorium i zostałem psychiatrą. Pomaga mi to, że mogę pomagać.

Jaka terapia okazała się najbardziej wspierająca?

Pomogła mi ich kombinacja: psychoterapia grupowa, indywidualna, psychodrama. Cenny był też dla mnie kontakt z ekspertami przez doświadczenie. Epizod choroby pojawił się, kiedy miałem 25 lat. Sześć lat zajęło wychodzenie z niego. Często utożsamia się zdrowienie z zaprzestaniem brania leków. Wyzdrowienie jest możliwe przy zachowaniu farmakologicznego wsparcia. Zdrowienie definiuje się jako powrót do ról życiowych, do bycia w społeczeństwie, otwieranie się na ludzi. Z mojego doświadczenia wynika, że bardziej prawdopodobne jest to, że człowiek będzie brać lekarstwo, jeśli wie, że może zastopować zażywanie go. Pacjenci chętniej biorą leki, jeśli wiedzą, że one nie zaczną nimi rządzić. Ważne, żeby człowiek był głęboko przekonany, że to on decyduje
o swoim życiu a nie leki. Dając receptę mówię, że to lekarstwo spowoduje, że nie będziesz taki smutny ale ty musisz wziąć udział w swoim wyzdrowieniu. Mówię również, że branie lekarstw nie jest na zawsze, że zdarza się, że zajmuje to parę lat ale może nadejść czas, kiedy będzie można od nich odejść. Pacjenci nie boją się wtedy, że dostają lekarstwo na całe życie. Ważne, żeby ludzie mieli
świadomość, jakie i na co lekarstwo biorą, żeby rozmawiali na ten temat z lekarzem. Lekarstwa są potrzebne, jeżeli jesteś tak zestresowany, że nie możesz funkcjonować. Mogą pomóc przywrócić człowieka do rzeczywistości. One jednak nie uzdrawiają. Człowiek sam musi się uzdrowić. Kryzys można porównać z prowadzeniem samochodu, kiedy układ kierowniczy szwankuje. Musisz
coś zrobić, żeby samochód jechał. Lekarstwa są jak płyn, który pozwoli kierownicy bardziej płynnie działać. Nie powiedzą jednak, jaką drogą masz jechać, w którą stronę skręcić. To powinno przyjść z twojego serca, wypłynąć od ciebie. Musimy poznać nasze serca, co czujemy, żeby podejmować decyzje.

Jak poznać swoje serce, jak je poczuć?
Pytanie za 64 tysiące dolarów. To jest długi życiowy proces. Uważam, że metoda emocjonalnej reanimacji pomaga je poczuć.

Mógłby Pan o niej opowiedzieć?
Dotarli do mnie ludzie, którzy dosięgnęli do mnie sercem. Na bazie tego właśnie doświadczenia stworzyłem trening emocjonalnej reanimacji dla wszystkich, również dla lekarzy. Tak, jak reanimuje się serce przy zawale, żeby mogło znowu bić, tak tu chodzi o emocjonalną pracę nad sercem osoby w kryzysie, żeby mogło się otworzyć, odczuwać, sięgać do ludzi. Emocjonalna reanimacja składa się z trzech aspektów. Pierwszy to nawiązanie kontaktu, łączenie się, wchodzenie w relację – od serca do serca. Drugim jest wzmocnienie, przekazywanie wsparcia. Myślę, że siła wypływa z emocji. Im bardziej swobodnie czujemy się mówiąc o swoich uczuciach, tym lepiej budujemy swoją tożsamość, poczucie wartości, swoją moc. Wyrażając uczucia, będąc autentycznym najbardziej możesz pomóc. Ludzie doświadczając kryzysu nie potrzebują robota bez żadnych emocji na twarzy. Niestety tradycyjny trening uczy terapeutów i lekarzy, żeby być jak roboty, żeby nie pokazywać, co się czuje. Takie podejście jednak pozostawia osobę w kryzysie wycofaną, wyalienowaną. Ona chce się chować przed ludźmi, którzy nie pokazują uczuć. Na kursie emocjonalnej reanimacji uczymy ludzi, jak być sobą. Jak komuś pomagać, mówiąc z serca, z poziomu uczuć. W tym podejściu chodzi o to, żeby dzielić się z osobą w kryzysie tym, co czujemy. Jeśli czujemy smutek, wyraźmy to, mówmy o tym na przykład: odczuwam smutek, kiedy mówisz o utracie pracy ale jestem z tobą, jestem tutaj dla ciebie. Kiedy dzielisz się tym, co odczuwasz, otwierasz drugiego człowieka. Odczuwanie uczuć w sercu przynosi siłę i nadzieję. Tu dochodzimy do trzeciego aspektu emocjonalnej reanimacji, którą jest rewitalizacja – ożywienie, przywrócenie do życia.

Czasem ludzie w kryzysie wycofują się ze związków z ludźmi, nie chcą widzieć nawet najbliższych. Co zrobić, żeby wrócili?
Zdarza się, że wpadamy w kryzys, bo potrzebujemy wycofać się z relacji, które są dla nas bolesne. Chcemy znaleźć się w świecie równoległym, we własnej rzeczywistości, żeby poczuć się bezpiecznie. Dlatego ważne jest bycie wśród ludzi, którzy nie oceniają, nie osądzają, nie wywierają presji. Psychoza często sprawia, że traci się różne cenne umiejętności, na przykład łatwość zapamiętywania, uczenia się. Czy da się wrócić do dawnej formy? Jak rozwiniesz w sobie pewność siebie, mocne strony, zaczniesz sobie ufać, możliwy jest powrót do pełni zdrowia, do dawnej formy. Kiedy twoje serce jest w wielkim stresie, nie chcesz myśleć. Myślenie przypomina o bólu. Musiałem uzdrowić swoje serce, żeby zacząć myśleć. Mam 77 lat i cały czas zdrowieję. Jestem w tym procesie. Nawet ostatnio widzę, że jakość mojej pracy jest lepsza, że jestem bardziej efektywny. Nie martwię się o to, co się stanie. Żyję trwającą właśnie chwilą i czuję się w sobie coraz bardziej bezpiecznie. Podejmuję szybciej decyzje.

Bliscy osób w kryzysie często są przerażeni chorobą, bezradni. Zdarza się, że pytają, jak leczyć bez zgody.

Co Pan radzi bliskim?
Ważne żeby wiedzieli, że są alternatywy dla leczenia w szpitalu i szukali ich. Istnieją rozwiązania pozwalające na budowanie relacji z ludźmi. Wielkim zasobem są eksperci przez doświadczenie. Oni mogą być niezwykle pomocni zarówno dla osoby, która doświadcza kryzysu, jak i jej bliskich.

Jak zadbać o tych, którzy nie mają bliskich i nie mają w sobie nadziei?

Im też mogą pomóc eksperci przez doświadczenie. W Stanach Zjednoczonych mamy centra zdrowienia, do których można przyjść w ciągu dnia i dostać od nich wsparcie.

Jak prowadzić dialog z pacjentem, który rani słowami?

Można do niego dotrzeć w sposób niewerbalny, gestami. Bywa, że konieczny jest ktoś do pomocy, żeby przy nim nas zmienił, bo bycie z osobą w kryzysie bez przerwy zabiera dużo energii. Pomagam w podejściu otwartego dialogu. Przychodzi do mnie wtedy cała rodzina. Choć najbardziej widać problemy osoby, która doświadcza kryzysu, przecież jakieś problemy mają
wszyscy jej członkowie. Rozmawiamy o tym. Nie winimy nikogo. Uczę ich emocjonalnej reanimacji. Na jednym ze spotkań młody chłopak doświadczający kryzysu wstał i zaczął krzyczeć na rodziców. Powiedziałem mu: nie jesteś sobą dzisiaj, nie masz dzisiaj szacunku dla rodziców. A wtedy on spojrzał na mnie i zaczął krzyczeć na mnie. Nie byłem przestraszony, patrzyłem na niego
ze spokojem. Nagle zatrzymał się i powiedział: a, ty też miałeś diagnozę schizofrenii, po czym zaczął się uspokajać. Polecam pomoc osób z doświadczeniem kryzysu. Ci którzy są w kryzysie i którzy przez to przeszli najlepiej się zrozumieją.

Rozmawiała Katarzyna Szczerbowska

Źródło: Piękny umysł